Gdyby miała Pani napisać scenariusz o życiu Marii Skłodowskiej-Curie, od czego by Pani zaczęła film? Od sceny dramatycznej jak tragiczny wypadek męża, czy śmierć dziecka? A może od romantycznej, na przykład pierwszego spotkania z Paulem Langevinem, późniejszym kochankiem?

Zaczęłabym od wspinaczki na Rysy. W 1899 r., cztery lata po ślubie przyjechała z rodziną do bardzo wtedy modnego Zakopanem na wakacje. Spotkała się tam z własną rodziną, dojechała rodzina jej męża. Mimo familijnej atmosfery, ona nie zawahała się ruszyć na najwyższy polski szczyt. Teraz może to się wydaje banalne, ale trzeba pamiętać, że wtedy Tatry były słabo znane, nie było wyznaczonych tras. A mimo to Skłodowska, razem z mężem, weszła na sam szczyt. Dla mnie to idealny przykład tego, jaką była – kobietą upartą, pewną siebie, niewahającą się podejmować wyzwań, także takich, z którymi inni wcześniej się nie zmierzyli. Bo nasza Noblistka była kobietą wyprzedzającą epokę – to wejście na Rysy świetnie to symbolizuje. Tym bardziej, że ona dużą wagę przywiązywała do ćwiczeń fizycznych. Dużo jeździła konno, ćwiczyła na przyrządach, pływała – nawet po sześćdziesiątce. W listach żaliła się nawet, że nie jest w stanie nauczyć się modnego wtedy kraula i musi cały czas pływać żabką. To właśnie cała Maria! Ona miała w sobie niewiarygodną odwagę, wręcz rzucała się na życie, na każdy jego aspekt. Jestem przekonana, że bez tej odwagi nie osiągnęłaby w nauce nawet małej części tego, co udało jej się osiągnąć.

Podkreśla Pani, że Skłodowska-Curie wyprzedziła epokę. Przecież ona żyła w epoce wielkich wynalazków, przełomów naukowych. Na czym więc polega jej wyjątkowość?

Miała bardzo nowoczesny sposób patrzenia na świat, nie bała się wykraczać poza istniejące wtedy horyzonty. Zarówno, jako naukowiec, jak i kobieta. Jako naukowiec zrewolucjonizowała podejście do atomu. Wcześniej uważano, że jest niezmienny, tymczasem jej badania dowiodły, że atom ma „życie wewnętrzne”. Wykazała się prawdziwie pozytywistycznym etosem pracy, to znaczy skrupulatnie pracowała w laboratorium i cierpliwie czekała, aż przyniesie ona efekty. Wiele osób po kilku, kilkunastu nieudanych próbach by się poddało. Ona jednak była przekonana, że to, czego szuka, istnieje. I tak długo próbowała, aż znalazła polon, a później rad.

A w międzyczasie przełamywała kolejne bariery jako kobieta. Pierwsza polska feministka?

Nie, nie określiłabym jej jako feministki – przynajmniej w tym sensie, jakim tego słowa się używa dziś. Ale na pewno przełamała wiele barier. Była pierwszą kobietą, która obroniła doktorat na Sorbonie, pierwszą, która prowadziła samodzielne wykłady na tej uczelni, wreszcie pierwszą, która zdobyła Nagrodę Nobla.

O Marii Skłodowskiej-Curie wiadomo, że dwukrotnie otrzymała Nobla – i właściwie niewiele więcej. Czemu tak mało wiemy o najwybitniejszej Polce?

Najkrócej rzec ujmując: bo fizyka i chemia to dziedziny trudne. Poza tym przez długi czas o Skłodowskiej-Curie właściwie w ogóle się nie mówiło jako o człowieku, powtarzano jedynie nudne formułki – że wybitna Polka, że dwukrotna noblistka. Takie hasła wyobraźni nie rozpalają.

Ale przecież miała fascynujące życie – pełne nagłych zwrotów, dramatycznych wydarzeń. Dobrze nakręcony film na jego podstawie na pewno walczyłby o Oscara.

Ten rok został ustanowiony Rokiem Marii SkłodowskiejCurie. Przy tej okazji ukazało się kilka książek jej poświęconych – i rzeczywiście to fascynujące historie. Trwają też prace nad filmem inspirowanym jej życiem. Ale rzeczywiście trudno przebić się do szerszej publiczności z informacjami naszej Noblistce. W ubiegłym roku rozmawiałam z urzędnikami w stołecznym Ratuszu o tym, jak można upamiętnić rok obchodów – i ich reakcje były, mówiąc delikatnie, chłodne. Podchodzili do tematu bardzo sceptycznie, wychodząc z założenia, że nikogo ten temat nie interesuje. Na całe szczęście teraz o Marii Skłodowskiej-Curie – przy okazji obchodów jej roku – mówi się więcej. Mam więc nadzieję, że także stosunek do niej ulegnie zmianie.

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+Print this page