Program rozwoju energetyki jądrowej to przedsięwzięcie cywilizacyjne. Nie da się go sprowadzić jedynie do skali inwestycji ani też zredukować do kwestii bezpieczeństwa energetycznego. Czy Polska potrafi wykorzystać ten cywilizacyjny impuls? Nad tym pytaniem zastanawiali się eksperci podczas debaty w siedzibie Polityki.

Energetyka jądrowa wzbudza emocje. To oczywiste. Kwestie bezpieczeństwa, utylizacji zużytego paliwa, finansowania gigantycznych inwestycji uruchamiają kaskadę kolejnych pytań o zasadność budowy w Polsce elektrowni jądrowych. –Gdy w rządzie dyskutowaliśmy o programie rozwoju energetyki jądrowej, nie myśleliśmy jedynie w kategoriach bezpieczeństwa dostaw energii. O wiele ważniejsze było pytanie o impuls rozwojowy, jaki przyniesie Polsce ten projekt– wyjaśniał Aleksander Grad z PGE EJ1, spółki celowej odpowiedzialnej za budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. W chwili przyjmowania uchwały o rozpoczęciu programu rozwoju energetyki jądrowej w 2009 r. pełnił funkcję ministra skarbu.

Jakie to mogą być efekty? –W pierwszej kolejności impuls makroekonomiczny wynikający z tak dużej, szacowanej na kilkadziesiąt miliardów złotych inwestycji– informuje Dariusz Marzec z firmy doradczej KPMG. –To oczywiste, chodzi jednak o to, żeby impuls ten nie wyczerpał się zaraz po wyjściu pracowników z placu budowy. Czyli o to, żeby program stał się okazją, którą polscy naukowcy i przedsiębiorcy wykorzystają do rozwoju nowych kompetencji i technologii, jakie z kolei staną się szansą rozwoju nowych, konkurencyjnych sektorów gospodarki.

Wystarczy popatrzeć na efekty projektu jądrowego podjętego w latach siedemdziesiątych. Jak wiadomo, został on wstrzymany i elektrownia atomowa w Żarnowcu nie powstała.– Do dziś korzystamy z tamtego impulsu– wyjaśniał prof. Grzegorz Wrochna, dyrektor Narodowego Centrum Badań Jądrowych w Świerku. –Dysponujemy Marią, jednym z najnowszych badawczych reaktorów jądrowych w Europie. Powstał w 1974 r. siłami polskich inżynierów i uczonych, ciągle modernizowany umożliwił rozwój produkcji radioizotopów medycznych. Polska jest w tej dziedzinie światowym potentatem, sprzedajemy radioizotopy do 78 krajów, zaopatrując w niektórych przypadkach nawet 18 proc. globalnego rynku.

To jednak nie wszystko, przekonuje prof. Wrochna. Mamy pokaźne kadry naukowe o liczącym się na świecie dorobku, czego wyrazem jest udział polskich zespołów badawczych w programach międzynarodowych i ich praca nad technologiami przyszłości, jak reaktory IV generacji umożliwiające lepsze wykorzystanie paliwa czy kogeneracja jądrowa, czyli wykorzystanie energii jądrowej także do wytwarzania ciepła. W samym Świerku powstaje centrum obliczeniowe o mocy 500 teraflopów, najpotężniejszy ośrodek superkomputerowy w Polsce, który wykorzystywany będzie do analiz bezpieczeństwa reaktorów budowanych w naszym kraju oraz do rozwoju stosowanych w energetyce metod obliczeniowych w ramach projektów międzynarodowych.

To wszystko, jak podkreśla szef NCBJ, powstaje zupełnie niezależnie od nowego programu rozwoju energetyki jądrowej, bo brak jednoznacznej rządowej strategii powoduje także brak finansowania nowych projektów badawczych – naukowcy dają sobie radę, pozyskując m.in. środki unijne. –Sytuacja się zmieni, gdy akademicy przedłożą wspólną propozycję, a nie będą jedynie forsować projekty interesujące dla ich katedr czy instytutów– przekonywał Aleksander Grad. Właśnie trwają prace nad strategicznym programem badawczym, który sfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju da szansę na konsolidację dużego, lecz rozproszonego potencjału polskich zespołów naukowych.

–Musimy także mieć świadomość, że Polska nie stanie się nagle potentatem technologii jądrowych i zacznie oferować reaktory własnej konstrukcji– uzupełniał prof. Konrad Świrski z Politechniki Warszawskiej. –Możemy natomiast, podobnie jak to się stało w przypadku przemysłu lotniczego, rozwinąć wiele specjalizacji potrzebnych do realizacji programów – od oprogramowania sterującego i kontrolującego bezpieczeństwo przez zaawansowane technologicznie wykonawstwo po projektowanie.

O tym, że polscy inżynierowie i polskie firmy potrafią konkurować w wymiarze międzynarodowym, świadczy najlepiej doświadczenie Elektrobudowy SA, firmy zaangażowanej przez francuski koncern Areva, globalnego potentata w dziedzinie technologii reaktorów jądrowych, do budowy elektrowni w Olkiluoto w Finlandii. –Musimy tam sprostać najwyższym standardom technologicznym– tłumaczy Jacek Faltynowicz, prezes Elektrobudowy– najmniejsza fuszerka oznaczałaby wycofanie z projektu.Na to jednak się nie zanosi, dla Elektrobudowy to już siódmy projekt.

Opierając się na tym doświadczeniu, Jacek Faltynowicz ostrzega przed nadmiernym patriotyzmem gospodarczym, jakiego pokusa na pewno pojawi się podczas budowy polskich elektrowni atomowych. Oczywiście, dobrze by się stało, gdyby w projekt zaangażowało się jak najwięcej polskich firm – realnie mają one szansę przejąć 30–40 proc. inwestycji. Reszta musi iść na zakup reaktorów, turbin i kotłów – takimi technologiami w Polsce nie dysponujemy. Lepiej jednak, żeby o te dostępne 30–40 proc. konkurować, niż stwarzać sztuczne preferencje. Dlaczego? Bo jedyną szansą dla naszych firm jest rywalizacja na międzynarodowym rynku, jeśli jednak wszyscy zaczną preferować swoje firmy, wówczas dostęp do obcych rynków bardzo się utrudni.

Aleksander Grad stwierdził jednak, że program rozwoju energetyki jądrowej to tak duże przedsięwzięcie, że wymaga zintegrowanego i strategicznego zarządzania całym procesem, w którym muszą być także uwzględnione warunki dla kontrahentów. Zawsze też takim przedsięwzięciom towarzyszą międzynarodowe pertraktacje. Chodzi o to, żeby Polska nie stała się jedynie nabywcą technologii, lecz by wraz z jej importem pozyskała kompetencje niezbędne do samodzielnego operacyjnego zarządzania elektrowniami w zakresie dozoru i bezpieczeństwa, kształcenia kadr. W takim zintegrowanym projekcie jest miejsce dla polskich firm, muszą one wszakże, podobnie jak akademicy, przedstawić wspólny katalog propozycji.

W trakcie dyskusji padały także pytania o ewentualne negatywne skutki programu jądrowego – czy nie spowoduje on drenażu środków, które mogłyby finansować rozwój innych technologii wytwarzania energii, być może bardziej obiecujących w perspektywie nadchodzących dekad? –Nie ma takiego ryzyka– przekonywał prof. Konrad Świrski. –Udział energii z elektrowni jądrowych w polskim miksie energetycznym nie będzie przekraczał 10 proc. Nie stawiamy na monokulturę, tylko na zróżnicowanie źródeł energii i budowa elektrowni atomowych jest jednym ze sposobów wzbogacenia portfela technologii, który nie wyklucza rozwoju innych źródeł. A póki co, dyskusja i tak ma charakter akademicki, bo nie ma jeszcze czego drenować.

Program rozwoju energetyki jądrowej tym ma się różnić od projektu, jaki próbowano zrealizować w PRL, że inwestycja będzie miała charakter komercyjny i odpowiadać za nią będzie spółka prawa handlowego, a nie budżet państwa.– Instytucje państwowe jednak powinny być zaangażowane w przedsięwzięcie– podkreślał Dariusz Marzec z KPMG. –Energetyka jądrowa jest przedsięwzięciem tak złożonym, że wymaga koordynacji działań wykraczającej poza możliwości jednego, nawet dużego przedsiębiorstwa. Zwłaszcza podczas budowy pierwszej elektrowni i „przecierania szlaków”.

Póki co, mimo że od przyjęcia uchwały inicjującej program jądrowy w Polsce mija już pięć lat, rząd nie ogłasza zdecydowanej strategii. Owszem, trwają prace legislacyjne, związane m.in. z dostosowaniem prawa atomowego, ciągle jednak brakuje kluczowych decyzji dotyczących choćby funkcjonowania rynku energii. A energetyka jądrowa, ze względu na swą specyfikę, która polega na konieczności zaangażowania dużych środków inwestycyjnych w początkowej fazie, wymaga stabilnego środowiska legislacyjnego, ekonomicznego i politycznego.

Tak więc brak rządowego strategicznego programu rozwoju energetyki jądrowej to największa w tej chwili przeszkoda nie tylko na drodze do polskich elektrowni jądrowych, lecz również do wszystkich pozostałych korzyści rozwojowych. –Jako inwestor nieustannie pracujemy nad projektem– wyjaśniał Aleksander Grad. –Jesteśmy jednak przedsiębiorstwem komercyjnym. Chętnie włączymy się w kształcenie kadr, będziemy wspierać rozwój niezbędnych laboratoriów. Nie mamy już jednak możliwości finansowania dalekosiężnych prac badawczo-rozwojowych, to już jest zadanie dla agend państwa, jak Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Brak strategicznego programu rządowego powoduje także inne negatywne skutki, m.in. brak wystarczającej wiedzy nt. energetyki jądrowej wśród ogółu społeczeństwa. Kampanie reklamowe nie zastąpią rzetelnej kampanii edukacyjno-informacyjnej, podczas której dyskutować się będzie zarówno o kwestiach, jakie najbardziej interesują i często niepokoją opinię publiczną, jak i o subtelniejszych, rozwojowych i cywilizacyjnych skutkach rozwoju energetyki jądrowej. Debata w POLITYCE pokazała, że taka dyskusja jest nie tylko możliwa, lecz także prowadzi do ciekawych konkluzji.

 

Zobacz relację z dabaty:

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+Print this page