Teoretycznie rzecz biorąc, po katastrofie z 11 marca 2011r. w japońskiej elektrowni Fukushimie-Daiichi, sprzeciw ekologów wobec nowych projektów budów jądrowych powinien był przybrać na sile.  Tak się jednak nie stało: po najgorszej awarii jądrowej od czasów Czarnobyla, część najważniejszych na świecie działaczy ruchu zielonych udzieliła głośnego i wyraźnego poparcia energetyce jądrowej.

Za czołowego neofitę można chyba uznać brytyjskiego aktywistę i dziennikarza George’a Monbiot, który twierdzi, że katastrofa w Fukushimie to główny powód jego nawrócenia. W dziesięć dni po awarii w Japonii, w felietonie na łamach tygodnika “Guardian” Monbiot nazwał wykorzystanie energii słonecznej w Wielkiej Brytanii „marnowaniem i tak bardzo skromnych zasobów” oraz oświadczył, że energia z wiatru jest „beznadziejnie nieefektywna” i „w zasadzie bezużyteczna”. Co więcej, pisał, “pod każdym możliwym względem (z punktu widzenia zmian klimatu, lokalnego wpływu górnictwa, liczbę wypadków skutkujących utratą zdrowia lub życia a nawet pod względem uwolnień substancji promieniotwórczych do środowiska) węgiel jest sto razy gorszy niż energetyka jądrowa." Podsumowanie felietonu brzmi następująco: "Energetyka jądrowa przechodzi właśnie najtrudniejszy z możliwych testów i, jak dotąd, jego negatywne skutki dla ludzi i planety okazują się być niewielkie. Awaria w Fukushimie nawróciła mnie na energetykę jądrową."

Wielu brytyjskich i amerykańskich działaczy środowiskowych popierało atom również przed wydarzeniami w Fukushimie. Wśród Amerykanów byli to np. wieloletni działacz środowiskowy i wydawca Stewart Brand oraz Ted Nordhaus i Michael Shellenberger, założyciele centrolewicowego think-tanku Breakthrough Institute z siedzibą w Oakland. Spośród Brytyjczyków można tutaj wymienić działacza Marka Lynasa, byłego premiera Tony’ego Blaira oraz naukowca i działacza środowiskowego Jamesa Lovelocka. W grupie nawróconych znajduje się też Kanadyjczyk: współzałożyciel Greenpeace’u, Patrick Moore.

Pojawienie się pro-jądrowych zielonych jest wyrazem głębokiego podziału w nowoczesnej ekologii. Przez dziesięciolecia, ugrupowania takie jak Sierra Club i Greenpeace forsowały anty-atomowe programy, głośno twierdząc, że jedynym wyjściem jest oparcie przyszłości energetycznej na turbinach wiatrowych, panelach słonecznych i innych, alternatywnych źródłach energii. Jednak obawa przed emisją gazów cieplarnianych związanych ze spalaniem węgla i przed zmianami klimatycznymi wymusiły głęboką rewizję postaw. W nowym filmie dokumentalnym "Pandora's Promise," Brand zastanawia się nad nawróceniem przeciwnych kiedyś atomowi ekologów: “Często słyszy się pytanie ‘jak możesz być ekologiem i jednocześnie popierać atom?’. Ja bym to pytanie sformułował inaczej ‘jak, wziąwszy pod uwagę dokonujące się zmiany klimatyczne, możesz twierdzić, że jesteś ekologiem nie popierając atomu?’”

To nowo uzyskane poparcie może energetyce jądrowej jedynie pomóc, ale czy odegra ona wiodącą rolę w rozwoju rynku energii elektrycznej, który od 1985 rośnie o ok. 3% rocznie jest jeszcze kwestią otwartą. Jest już jednak jasne, że pro-jądrowe stanowisko zielonych nie będzie miało większego wpływu na amerykański rynek energii w nadchodzącym dziesięcioleciu (lub więcej): rewolucja związana z eksploatacją złóż gazu łupkowego oznacza dostęp do dużych zasobów taniego gazu naturalnego.

Największą przeszkodą dla szybkiej rozbudowy floty jądrowej na świecie nie jest jednak gaz – jest nią węgiel, główne źródło emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Na przykład w Chinach, w latach 2000 – 2011 uruchomiono około 500 000 MW mocy w elektrowniach węglowych. Pomiędzy rokiem 2013 a 2016 Chiny najprawdopodobniej uruchomią kolejne 315 000 MW mocy wytwórczych z węgla.

Producenci energii elektrycznej inwestują w elektrownie węglowe ponieważ węgiel pozostaje stosunkowo niedrogim i łatwo dostępnym zasobem i ponieważ światowego rynku węglowego nie kontroluje żaden, podobny do OPEC kartel. To pozwala zrozumieć, dlaczego konsumpcja energii pochodzącej z węgla wzrosła w ostatniej dekadzie o tyle, ile wynosił łączny wzrost zużycia energii z ropy, gazu naturalnego, energetyki wodnej i jądrowej.

Aby zdobyć większy udział w rynku, energia jądrowa musi znacznie stanieć. W eseju opublikowanym we wrześniu na łamach pisma Foreign Policy, autorzy (panowie Nordhaus i Shellenberger, przy wsparciu Jessici Levering) przedstawili mapę drogową na rzecz „renesansu jądrowego”. Wzywają oni do „nowej jakości w zaangażowaniu Państw” na rzecz rozwoju i komercyjnego wykorzystania technologii jądrowych kolejnej generacji, w tym małych reaktorów modułowych. Celem, według nich, powinno być stworzenie projektów reaktorów, które można budować „przy znacznie niższych nakładach niż te obecne” oraz nowe, bardziej elastyczne ramy regulacyjne, które pozwolą na ocenę i akceptację nowych projektów technologicznych.

Bez względu na to, jak bardzo rozsądnie ten plan brzmi, nie jest wcale jasne, czy ugrupowania takie, jak Sierra Club, czy Greenpeace dadzą się przekonać do porzucenia swojej bojowniczo anty-jądrowej propagandy. Cieszy jednak widok grupy wpływowych działaczy i aktywistów środowiskowych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że pogodzenie się z oszałamiająca siłą atomu pozostaje dla nas wszystkich jedynym, możliwym rozwiązaniem. Musimy udoskonalać energetykę jądrową i ciągle podnosić swoją wiedzę o wykorzystaniu energii jąder atomowych. Na to potrzeba czasu. Atomowa Era dopiero się przecież rozpoczęła.

Autor artykułu, Robert Bryce jest ekspertem pracującym w Center for Energy Policy and the Environment w Manhattan Institute. Pierwsza publikacja powyższego tekstu pojawiła się w City Journal.

Źródło: old.post-gazette.com

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+Print this page